Z "piekła" do "piekła"...
Kiedy byłem młodszy i mogłem chodzić kupiłem sobie rower. I nic dziwnego by w tym nie było, gdyby nie fakt że był to rower trójkołowy, skonstruowany na bazie Uniwersala i nikt oprócz mnie mojego Taty i Brata nie umiał na nim jeździć. Ja sam musiałem się nauczyć na nim jeździć. Ktoś może się żachnąć i powie: co to za sztuka jeździć na trzech kołach. Jednak ja takiemu bym powiedział, że nie ma racji i poprosiłbym go aby się przejechał. Mogę się założyć że na pierwszym zakręcie by się wysypał. Lecz nieco odbiegłem od tematu... A więc kiedy już na siodełku czułem się całkiem dobrze, postanowiłem jednego lata przetransportować ten rower na działkę moich rodziców. Pogoda tamtego sezonu była od samego początku upalna +30 w cieniu i chyba +50 w Słońcu. Jednak któregoś dnia owszem było upalnie, ale lekki zefirek dawał chwile wytchnienia. W tym dniu postanowiłem że wyjadę sobie na rowerową wycieczkę. Bagatela tylko sześć siedem kilometrów, w jedną stronę przez las. Lasem jechało się całkiem, całkiem... W połowie drogi zatrzymałem się pod leśniczówką na szklankę wody i pojechałem dalej, nieświadomy tego co mnie czeka. Wyjechałem z lasu na drogę asfaltową, na której panowało dosłowne piekło. No ale cóż, skwar nie skwar trzeba pedałować, bo jak to mówią: "Do Ameryki jeszcze daleko". Wreszcie setnie zmęczony, spocony postanowiłem przystanąć na poboczu drogi aby sobie chwilę odsapnąć. I to był mój błąd... Rower po pięciu może sześciu sekundach dosłownie wtopił się w asfalt jak w masło... Natomiast ja, chcąc go wydobyć z asfaltowej pułapki, schodząc zahaczyłem się nogą o ramę i jak długi wyrżnąłem na ten rozgrzany asfalt. Leżałem tam dosyć długo a może mi się tylko tak wydawało... Koniec końców jakiś kierowca, który akurat wracał do Poznania, widząc co się stało zatrzymał się i pomógł mi się pozbierać. Rower dał na przechowanie Sołtysowi i był na tyle uprzejmy, że odwiózł mnie na działkę.



