czwartek, 10 stycznia 2019

Z "piekła" do "piekła"...


                                                 

Kiedy byłem młodszy i mogłem chodzić kupiłem sobie rower. I nic dziwnego by w tym nie było, gdyby nie fakt że był to rower trójkołowy, skonstruowany na bazie Uniwersala i nikt oprócz mnie mojego Taty i Brata nie umiał na nim jeździć. Ja sam musiałem się nauczyć na nim jeździć. Ktoś może się żachnąć i powie: co to za sztuka jeździć na trzech kołach. Jednak ja takiemu bym powiedział, że nie ma racji i poprosiłbym go aby się przejechał. Mogę się założyć że na pierwszym zakręcie by się wysypał. Lecz nieco odbiegłem od tematu... A więc kiedy już na siodełku czułem się całkiem dobrze, postanowiłem jednego lata przetransportować ten rower na działkę moich rodziców. Pogoda tamtego sezonu była od samego początku upalna +30 w cieniu i chyba +50 w Słońcu. Jednak któregoś dnia owszem było upalnie, ale lekki zefirek dawał chwile wytchnienia. W tym dniu postanowiłem że wyjadę sobie na rowerową wycieczkę. Bagatela tylko sześć siedem kilometrów, w jedną stronę przez las. Lasem jechało się całkiem, całkiem... W połowie drogi zatrzymałem się pod leśniczówką  na szklankę wody i pojechałem dalej, nieświadomy tego co mnie czeka. Wyjechałem z lasu na drogę asfaltową, na której panowało dosłowne piekło. No ale cóż, skwar nie skwar trzeba pedałować, bo jak to mówią: "Do Ameryki jeszcze daleko". Wreszcie setnie zmęczony, spocony postanowiłem przystanąć na poboczu drogi aby sobie chwilę odsapnąć. I to był mój błąd... Rower po pięciu może sześciu sekundach dosłownie wtopił się w asfalt jak w masło... Natomiast ja, chcąc go wydobyć z asfaltowej pułapki, schodząc zahaczyłem się nogą o ramę i jak długi wyrżnąłem na ten rozgrzany asfalt. Leżałem tam dosyć długo a może mi się tylko tak wydawało... Koniec końców jakiś kierowca, który akurat wracał do Poznania, widząc co się stało zatrzymał się i pomógł mi się pozbierać. Rower dał na przechowanie Sołtysowi i był na tyle uprzejmy, że odwiózł mnie na działkę.

wtorek, 8 stycznia 2019

Wycieczki po Tatrach z dziecięcych lat...

                                                 Wycieczka na Kościelec.

                                                    

Jestem osobą niepełnosprawną, jednak od najmłodszych lat wyjeżdżałem z rodzicami na biwaki, w góry i nad morze. Mimo mojego kalectwa bardzo lubiłem te coroczne wyjazdy nad morze w góry, no i oczywiście niedostępne ostępy leśne. W góry najczęściej jeździliśmy do Zakopanego, a więc w najwyższe góry w Polsce. Jeździłem tam bynajmniej nie po to aby przejść się po dolinach, halach czy też przejechać się kolejkami na Kasprowy Wierch czy Gubałówkę. Owszem byłem tam nie raz. Udało mi się nawet wejść na Kasprowy od strony Hali Gąsienicowej, szlakiem nieco dłuższym, ale za to ciekawszym. Któregoś roku, latem, poszliśmy z Tatą na Kościelec... Mieliśmy już za sobą prawie połowę drogi, kiedy przyszło nagłe załamanie pogody.  W jednej chwili nastąpiły po sobie, kolejno opady deszczu, kiedy zrobiło się zimniej zaczął sypać śnieg. Potem to już było tylko gorzej(...) bo potem mróz przyszedł i zaczął padać grad. Ale najgorsze miało dopiero nadejść... Otóż temperatura niespodziewanie poszła w górę i naszła taka mgła, że na wyciągnięcie ręki, dosłownie nic nie było widać. Takie warunki atmosferyczne poniekąd nam sprzyjały... Bowiem, gdybyśmy widzieli, że z jednej strony wąziutkiej ścieżki jest pionowa ściana w górę a z drugiej urwisko na pewno byśmy tam nie przeszli. A tak, w błogiej nieświadomości ten najbardziej newralgiczny odcinek żeśmy jakoś przeszli. Dopiero kiedy byliśmy już w miarę bezpieczni, mgła, jak wielka kotara, podniosła się ukazując, jak blisko byliśmy od tragedii.          

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Parowóz-obiekt strachu i fascynacji...

Kiedy z torów PKP zniknęły dymiące i sapiące parą lokomotywy, nieco odetchnąłem... Ktoś może się zapytać, czemu? Ano dlatego że, kiedy byłem małym dzieckiem przestraszyłem się nie na żarty parowozu. Może to się wydać dziwne, ale tak było... Lęk był tak silny że, gdy byłem nastolatkiem, będąc w pobliżu torów czułem charakterystyczną woń parowozu. Dla niewtajemniczonych czytelników objaśniam, że jest to zapach nasyconej pary pomieszany z wonią oliwy mechanicznej. Lecz lata mijały i się w końcu przekonałem że, to co mnie wtedy tak przestraszyło coraz bardziej zaczyna mnie fascynować. Postanowiłem więc pójść (wtedy jeszcze mogłem chodzić) na wystawę taboru kolejowego. Na wystawie tej oprócz lokomotyw spalinowych i elektrycznych stały One!!! Parowozy. Niestety "wygaszone"
                                                         
 ale jeden z nich był "pod parą" i zabierał za opłatą ciekawskich ludzi na"swój pokład". Będąc w jednej z budek maszynisty dowiedziałem się rożnych ciekawych rzeczy na temat prowadzenia parowozu.
Dowiedziałem się na przykład że parowozy dzieliły się na osobowe, towarowe i inne... Po latach, będąc już na wózku odwiedziłem Parowozownię Wolsztyn. Jedyną czynną w Polsce...
                                                  

Zamek Cesarski, jakiego nie zobaczymy już nigdy...

Chyba nie odkryję Ameryki, pisząc że Zamek, a właściwie Pałac, w którym mieści się dzisiaj Centrum Kultury Poznania jest dawną rezydencją ostatniego Cesarza Niemiec i  króla Prus Wilhelma II. Cesarz zlecił wykonanie projektu zamku architektowi Franzowi Schwechtenowi... Architekt przedłożył Cesarzowi projekt pałacu w stylu Neoromańskim na planie nieregularnego wieloboku (uważanego przez cesarza za najbardziej germański i reprezentujący świetność Świętego Cesarstwa):
                                                  

 
Po zaakceptowaniu projektu przez Cesarza, w roku 1904 ruszyły pierwsze prace ziemne, aby rok później rozpocząć budowę. Rezydencja cesarska powstała w dość krótkim czasie, bo w latach 1905-1910 w samym sercu "Dzielnicy Cesarskiej". Ten zamek miał raz na zawsze potwierdzić przynależność Poznania do Rzeszy... Pałac, w południowej jego części miał dwa skrzydła, zachodnie było skrzydłem w którym mieściły się pomieszczenia mieszkalne. Natomiast we wschodnim  mieściły się pomieszczenia reprezentacyjne. W zachodniej części pałacu, na parterze swoje pokoje mieli także marszałek dworu, ochmistrzyni oraz inni członkowie świty cesarskiej. Pierwsze piętro mieściło pokoje prywatne pary cesarskiej oraz Salę Tronową.
                                                
   
 Drugie piętro mieściło pokoje książęce.